List do Beaty

Beato, moja bliska, daleka kuzynko

Piszę do Ciebie wbrew sobie, bo moim zamiarem nie jest robienie Ci przykrości, a mam przeczucie, że tak to odbierzesz, ale chciałabym przedstawić Ci mój punkt widzenia na sprawy polskie ponieważ uważam, że mam taki patriotyczny obowiązek. Miej zatem odrobinę cierpliwości i przeczytaj ten list do końca. Łączą nas więzy krwi, ale dzieli czas, przestrzeń i poglądy. Czytam Twoje wpisy na facebooku i jest mi bardzo smutno. Wyjechałaś z kraju jako młoda dziewczyna, wtedy marzeniem większości Polaków, moim i Twoim również było zrzucenie jarzma sowieckiego. Nie znasz jednak rzeczywistości, która zaistniała w Polsce po 1989 roku. Ta najnowsza historia, to kawał mojego , dorosłego, w pełni świadomego życia, którą Ty znałaś i znasz wyłącznie z mediów i to nie polskich, chociaż może polskojęzycznych.

Dokładnie pamiętam dzień 4 czerwca 1989 r., gdy długo przed godziną szóstą rano szłam pustymi ulicami Warszawy do punktu wyborczego na pl. Powstańców Warszawy, gdzie byłam mężem zaufania z ramienia „Solidarności”. Bardzo solidnie się do tego dnia przygotowywałam, Kupiłam sobie, a właściwiej byłoby powiedzieć, wystałam w kolejce i kupiłam kostium wrzosowy notabene trochę za duży i za ciepły jak na ten letni, pogodny dzień, ale z białą bluzką był dość elegancki jak na tamte szare czasy. Przygotowywali się zresztą do tego dnia wszyscy patrioci. Pamiętam atmosferę konspiracji, nadziei, radości i wielkiego oczekiwania. Pamiętam nieomal konspiracyjne spotkanie w mieszkaniu architekta Stanisława Jankowskiego, słynnego „Agatona”, gdzie instruowano mnie, jak mam się zachowywać i na co uważać podczas wyborów. Cały dzień przesiedziałam w komisji obserwując każdy gest „strony przeciwnej”. Przed oczyma mam uśmiechnięte twarze ludzi, którzy przychodzili głosować z własnej, nieprzymuszonej woli. Podchodzili do mnie, podawali mi rękę, dziękowali za moją obecność. Już w czasie głosowania wszyscy wiedzieli, że wygrał obóz prawicowy, dlatego komuniści, przynajmniej w mojej komisji, odpuścili sobie liczenie głosów. Byłam najmłodsza w komisji, notabene po stronie obozu patriotycznego byli tylko starzy ludzie, dlatego wbrew regulaminowi, to ja miałam zaszczyt liczenia głosów. Liczyłam te głosy prawie sama, ręcznie, skrupulatnie, przez całą noc, a rano poszłam do pracy. Radość była wielka, powszechna, zmącona tylko strasznymi wiadomościami z placu Tian’anmen w Pekinie. Na marginesie, czasami zastanawiam się, kto zapłaci za krew tych niewinnych, młodych ludzi. Po pracy przeszłam prawie całe miasto sprawdzając, czy na drzwiach obwodowych komisji wyborczych wywieszono wyniki wyborów.

A potem przyszła szara rzeczywistość, smutna, ponura. Szybko okazało się, że tacy patriotyczni głupcy jak ja, posłużyli tylko do uwiarygodnienia ukartowanego z góry i od dawna planu „my się z wami podzielimy władzą, kasą, a wy w zamian zapewnicie mam wolność i utrzymanie naszego status quo” Z niemal fizycznym bólem obserwowałam, jak rozpada się w pył „obóz patriotyczny”, walcząc między sobą o przysłowiowe „koryto”. Byłam wtedy w ciąży, źle się czułam, ale cały czas śledziłam wszystko to, co działo się w polityce. Wyobrażałam sobie wtedy Polskę jako kawał sukna, który ciągną każdy w inną i swoją stronę otaczający je zewsząd różni ludzie. Płakałam nad Polską i losem mojego dziecka, które nosiłam w sobie. Potem była iskierka nadziei – rząd Olszewskiego, ale zgasła na trzy dni przed urodzeniem się mojej Marysi. Rząd Olszewskiego upadł, bo chciał ujawnić wszystkich konfidentów okresu PRL-u łącznie z moim ówczesnym „idolem” Wałęsą. Wtedy już wiedziałam, że on jest „Bolkiem”, ale uparcie nie chciałam w to uwierzyć. Olszewski nie chciał nikogo wieszać, niszczyć, rozliczać, chciał tylko jasnej sytuacji, aby ludzie uwikłani w służby specjalne PRL nie sprawowali władzy, nie piastowali urzędów, bo zakładał jako adwokat i słusznie, że będą „szli na pasku” tych, którzy mieli na nich „kwity”, ale niestety pierwszym, który „szedł na pasku” swoich mocodawców był pierwszy obywatel Rzeczypospolitej”. A propos Wałęsy, przykre dla nas Polaków, że nasz bohater narodowy rozpoznawalny na całym świecie, okazał się karłem moralnym, ale niestety musimy, jako naród stanąć w prawdzie i „wziąć to na klatę”, tak jak inne wydarzenia w naszej historii. W końcu musimy nauczyć się nazywać rzeczy po imieniu. Nie chciałabym bowiem, aby moi wnukowie oddawali cześć „bohaterom”, którzy byli najłagodniej mówiąc, szujami. Nie chcę Świerczewskich, którzy się „kulom nie kłaniali”, Dzierżyńskich z pl. Bankowego, czy wreszcie Wałęsów, którzy przeskakiwali płot. Niech słowo „bohater” określa bohatera, a słowo „szuja” określa właśnie takiego człowieka. I nie zamąci mi w głowie jakiś dziennikarzyna z „Gazety Wyborczej”, który przed laty wyśmiewał się z prostactwa prezydenta Lecha Wałęsy pisząc, że prostak, parobas wożony jest w królewskiej karecie z królową angielską, aby dzisiaj ten sam dziennikarzyna wypisywał peany ku czci tegoż Wałęsy. Zresztą „Gazeta wyborcza” niejednokrotnie tworzyła „autorytety” i niszczyła autorytety i robi to nadal. Ale wracam do głównego wątku. Potem przyszły lata, kiedy przestałam interesować się polityką, zajmowały mnie bowiem inne sprawy. W tym czasie bardziej „sprytni życiowo”, będący w odpowiednich układach, robili majątki i kariery. Grabiono, łupiono, rozkradano majątek narodowy ile wlazło. Wtajemniczeni, tzw. „swoi” za grosze kupowali państwowe zakłady z magazynami pełnymi gotowych produktów. Nie chodziłam wtedy na wybory, bo wszystkie partie wydawały mi się jednakie i mało wiarygodne. Po latach, nakłoniona przez znajomych, tuż przed zamknięciem lokalu wyborczego, zagłosowałam w sprawie akcesji Polski do Unii Europejskiej. W wyborach prezydenckich w 2005 roku, nie był moim kandydatem na prezydenta ani Lech Kaczyński, ani Donald Tusk, dlatego w ogóle nie głosowałam. W wyborach parlamentarnych, po namowach znajomych oddałam swój głos, ale w tej chwili nawet nie jestem w stanie sobie przypomnieć na jaką partię, myślę, że był to głos nieważny. PiS jednak wygrało i wtedy zaczęła się „jazda”.

Od samego początku rządów PiS trwała nagonka opozycji i wszelkiego rodzaju pismaków na Rząd i polityków tej partii. Obserwowałam to codziennie oglądając telewizję państwową i tę komercyjną, czyli TVN i Polsat, czytałam gazety takie, jakie wtedy były, czyli prawie w 100% z kapitałem obcym. Wszystkie media „waliły” wtedy w Rząd demokratycznie wybrany. Słuchałam polityków z jednej i drugiej strony i coraz bardziej przekonywałam się, po której stronie jest racja. Nie trzeba było być jasnowidzem, żeby widzieć, że pan Tusk przeżywa traumę po przegranych wyborach i nie może się z tym emocjonalnie uporać, a sprawy polskie są mu zupełnie obojętne. Na marginesie, Donald Tusk, to moje osobiste rozczarowanie. Obserwowałam jego karierę od Kongresu Liberalno-Demokratycznego, (wtedy postrzegałam go jako młodego gniewnego, który będzie przyszłością Polski), poprzez Unię Wolności do Platformy Obywatelskiej i coraz bardziej rozczarowywałam się. Donald Tusk nie chciał wchodzić w koalicję z PiS-em i tworzyć Rządu, (gotowy był na to Rokita, ale szybko został zmarginalizowany, potem wykluczony z PO jak wielu innych polityków PO, którzy mogli stanowić konkurencję dla Tuska), a o niezgodę i brak porozumienia oskarżał Kaczyńskiego. Wtedy po raz pierwszy uderzyło mnie to nieustannie powtarzane kłamstwo, potem kłamstwo stało się podstawą działania PO i było powszechne. Ludzie, którym bez przerwy kładziono do głowy kłamstwo, ku mojemu wielkiemu przerażeniu i zdziwieniu zaczęli przyjmować kłamstwo za prawdę. Wtedy już zdecydowanie opowiadałam się za partią Kaczyńskiego, chociaż nie było to dobrze widziane w różnych środowiskach, w których się obracałam. W pracy spotkałam się z ostracyzmem. Moje młode, „światłe” koleżeństwo karmione papką z „Wyborczej” i „Newsweeka”, już na wstępie pracy w Instytucie informowane było, że jestem ciemnym moherem, z którym nie należy się liczyć. I nie liczyli się, chociaż korzystali z mojej wiedzy i doświadczenia. W ogóle był to czas bardzo dziwny, kiedy ekspertami i specjalistami byli ludzie, którzy nie mieli wiedzy merytorycznej, ale deklarowali znajomość języka angielskiego, potem zresztą okazywało się, że mniej niż średnią. Efekt był taki, że dziewczyna wysłana do Brukseli jako ekspert tłumacząc unijne dokumenty na polski była zdziwiona, że ja znajduję w nich błędy merytoryczne. Były też zabawne historie, kiedy pomagając młodej koleżance w napisaniu artykułu specjalistycznego (a w zasadzie napisałam go sama od nowa), usłyszałam od niej pełne zdziwienia słowa „pani Elu, ja zupełnie tego nie rozumiem, jak pani taka mądra osoba może popierać ten PiS”. I to zdanie Aśki mówi samo za siebie. Wmówiono społeczeństwu, że wyborcy PiS to prostacy i głupcy, dlatego zwolennicy często nie przyznawali się, że popierają PiS, bo bali się reakcji otoczenia. Prawdziwi głupcy i prostacy natomiast, aby poczuć się lepiej, głosowali na PO, bo to w ich oczach nobilitowało. „Wyborcza”, „Newsweek”, TVN, oni sprawowali rząd dusz, oni autorytatywnie rozstrzygali, co jest właściwe, mądre i dobre, a ludzie niemyślący samodzielnie pozwalali i pozwalają sobą manipulować. Wtedy bardzo ujawniły swoją aktywność tzw. „autorytety pożal się Boże”, np. p. Bartoszewski, p. Olbrychski czy p. Stuhr, i cała plejada innych „znakomitości”, którzy wskazywali ludziom kogo należy popierać, więc ci, którzy na co dzień nie obserwowali polityki, wykształciuchy (o których, mówił Ludwik Dorn), a nie wykształceni, głosowali na PO. Słowo „wykształciuch” zrobiło wtedy wręcz oszałamiającą karierę. Ludwik Dorn, (ciekawy człowiek piszący wiersze, wtedy polityk PiS) użył tego wyrazu w znaczeniu pejoratywnym na określenie ludzi, którzy ukończyli jakieś szkoły i co prawda otrzymali dyplomy uprawiające do zajmowania różnych stanowisk, ale w rzeczywistości nie rozwinęli się intelektualnie, a więc nie zostali wykształceni. Poznałam mnóstwo takich ludzi i niestety, najczęściej byli to wyborcy PO. Określenie „wykształciuchy” podjęli dziennikarze TVN w programie satyryczno-publicystycznym „Szło kontaktowe” i zupełnie zmienili znaczenie tego słowa. Codziennie przez kilka miesięcy przekonywali ludzi, ze „prostacy z PiS” nie cenią wykształcenia i ludzi wykształconych, dlatego z pogardą nazywają ich „wykształciuchami”, a w konsekwencji ze zdziwieniem słuchałam ludzi dzwoniących do programu, którzy samych siebie nazywali „wykształciuchami” i byli z tego dumni.

Potem była odezwa PO do młodych ludzi „zabierz babci dowód” i poskutkowało, wybory wygrała Platforma, a ja w pracy od kolegi, który z powodzeniem mógłby być moim synem, usłyszałam „pani Elu, was wszystkich należałoby postawić pod ścianą i rozstrzelać”. I nastała era PO. Dla mnie był to ciężki okres, czułam się obco we własnej Ojczyźnie, dusiłam się w atmosferze lejącej się z mediów propagandy. Oglądałam codziennie wystąpienia polityków PO opluwających prezydenta Lecha Kaczyńskiego i słuchałam z przerażeniem, jak człowiek słowem niszczył drugiego człowieka i chciało mi się krzyczeć z bezsilności. A tak na marginesie, zastanawiam się, czy już dotarła do takich ludzi, jak Palikot czy Niesiołowski refleksja, że zachowywali się podle i że to bardzo poważnie obciąża ich sumienie? Jeśli nawet teraz nie mają takiej refleksji, to na pewno taki czas przyjdzie, czego tak na serio i po chrześcijańsku im życzę, oby zdążyli naprawić błędy przed Bogiem. Kłamstwo, cynizm, bezczelność rosła wraz z umacnianiem się władzy. A społeczeństwo jakby zaczadzone, zajęte swoimi małymi sprawami nie zauważało, że Ojczyzna ginie. Omamione informacjami o rosnącym PKB, który tworzyła konsumpcja, czyli sprzedaż detaliczna, nie widzieli, że polskie marki i firmy przestają być polskie, a zakłady pracy są zamykane. Widzieli o tym ci, którzy pracę tracili. A zło się kumulowało. Na początku 2010 roku myślałam sobie, „Boże jak to się wszystko skończy” i coraz bardziej miałam przeczucie, że jakaś tragedia wisi w powietrzu. Na jesieni miały odbyć się wybory prezydenckie, pewna byłam, że Kaczyński przegra, i tak po ludzku żal mi było tego człowieka nie dlatego, że nie byłby prezydentem, ale dlatego że, musiałby przejść przez prawdziwe piekło wyborów. Wyobrażałam sobie kubły pomyj wylewane na głowę tego biednego człowieka.

Od początku 2010 r. Kancelaria Prezydenta informowała o wizycie Lecha Kaczyńskiego w Katyniu. W lutym zaczęto mówić, że na obchody rocznicy mordu w Katyniu wybiera się Tusk zaproszony przez Putina. Wydawało mi się to bardzo dziwne, że na polską uroczystość czczącą zamordowanych oficerów przez Sowietów zaprasza Putin, który przez długi czas bycia prezydentem i premierem Rosji takich chęci nie wykazywał i co najważniejsze, wbrew wszelkim dowodom potwierdzonym niegdyś przez Jelcyna, nigdy nie przyznał, że to Rosjanie wymordowali tych oficerów. Nie zaskoczyła mnie sama wiadomość o katastrofie, bo zło nagromadzone musiało znaleźć jakieś ujście, ale do dzisiaj nie mogę uwierzyć w głupotę polityków PO. Zginęła prawie setka prominentnych polityków, a oni myśleli, że urządzą tym ludziom pogrzeby, pochodzą z wieńcami z posępnymi minami, na koniec podadzą społeczeństwu jakieś ustalenia w pseudo śledztwie i sprawa się zakończy. Właśnie obserwując politykę w ostatnich czasach niejednokrotnie widziałam, że gdy Pan Bóg chce ukarać polityka, odbiera mu rozum i nie jest to żadna przenośnia. A wracając do katastrofy, jest to niewyobrażalnie bolesna rana narodu polskiego, która długo będzie krwawić, ale aby mogła się zabliźnić, musi być oczyszczona. Po pogrzebach, politycy PO tak bardzo usiłowali szybko zapomnieć o całej sprawie i chcieli, aby zapomniało o tym społeczeństwo, że nie starczyło im cierpliwości, aby zwykli ludzie mogli przeżyć okres żałoby, stąd ta hańbiąca walka o krzyż i wręcz zbydlęcenie zwolenników PO przed pałacem prezydenckim. Przyznam szczerze, miałam nadzieję, że po tej wielkiej tragedii jednak coś się w kraju zmieni i jakaś refleksja do polityków dotrze. Nawet był taki moment zaraz po 10 kwietnia, że wyciągnięto z archiwów ładne zdjęcia pary prezydenckiej i zaczęto dobrze mówić o zmarłym prezydencie, ale naprawdę był to tylko moment, bowiem szybko wszystko wróciło do stanu pierwotnego. Nazwisko Kaczyński nie schodziło z języków polityków PO i ich zwolenników od rana do wieczora i odmieniane było przez wszystkie przypadki. W tym właśnie czasie ukuło się powiedzenie „przemysł pogardy” na określenie tego, co mówili i pisali zwolennicy partii rządzącej o zmarłym prezydencie, Jarosławie Kaczyńskim i całej opozycji. W 2012 r. dziennikarz Sławomir Kmiecik wydał książkę w dwóch opasłych tomach zatytułowaną „Przemysł pogardy”, która jest zapisem dokumentującym tamte wypowiedzi. Przeczytałam pierwszy tom odnoszący się do prezydenta Lecha Kaczyńskiego i chociaż słyszałam te wypowiedzi w telewizji w ciągu pięciu lat prezydentury, to muszę przyznać, że zebrane w jednym opracowaniu przerażały. Lektura jest tak dołująca, ze nie da się jej czytać ze spokojem i jeśli ktoś nie wierzy, że słowa mogą zabijać, to proszę, niech przeczyta tę książkę.

Buta rządzących porażała i trzeba było być ślepcem, albo kompletnym durniem, żeby tego nie widzieć. Po przegranych wyborach prezydenckich przez Kaczyńskiego, PO miało już władzę absolutną i niepodzielną. Dla wszelkiego rodzaju nuworyszy i wszelkiej maści celebrytów nastał złoty wiek, a ja coraz częściej myślałam, że Polska nie jest mi Ojczyzną i czułam się jak imigrantka.

Ale społeczeństwo pomału zaczęło się budzić z letargu. Na rynku prasowym pojawił się nowy tygodnik „Uważam Rze. Inaczej pisane”, który był jak haust świeżego powietrza, czekałam od poniedziałku do poniedziałku, żeby go przeczytać od dechy do dechy. Rządzący szybko się z tym tytułem uporali, wydawca zwolnił redaktora naczelnego i zmienił profil periodyku, ale machina ruszyła. Niebawem ukazały się następne tytuły: „Do Rzeczy” i „W Sieci”. Któregoś dnia idąc ulicą Marszałkowską, na wysokości Ogrodu Saskiego zobaczyłam chłopca chyba licealistę, który biegł naprzeciw mnie i naraz zatrzymał się tuż przede mną, przykucnął, aby zawiązać but, a na chodniku położył czasopismo „Do Rzeczy”, pomyślałam sobie wtedy, że coś się zaczyna w kraju zmieniać. Potem coraz częściej widziałam młodych ludzi czytających jeden albo drugi tygodnik. Niebawem powstała telewizja „Republika”, której abonament nabyłam na poczcie i oglądałam codziennie. Wtedy dopiero miałam możliwość dowiedzenia się, co dzieje się w kraju.

Przed wyborami prezydenckimi w 2015 roku atmosfera w środowiskach patriotycznych przypominała tę z 1989 roku. Ludzie rozmawiali ze sobą i czuło się w powietrzu jakąś odwilż. Kilka dni przed wyborami prezydenckimi poszłam z koleżankami do sztabu wyborczego Andrzeja Dudy i dostałam dokładne instrukcje na co mam zwracać uwagę w komisji wyborczej, bowiem znów miałam być mężem zaufania. Potem były wybory do parlamentu, a ja byłam członkiem komisji wyborczej i jak przed laty liczyłam głosy, ale teraz już legalnie.

Radość po zwycięstwie Andrzeja Dudy była olbrzymia, a jeszcze większa po zwycięstwie PiS-u. Niebawem miną dwa lata odkąd rządzi PiS. Z zainteresowaniem śledzę ich działania i tym razem partia rządząca mnie nie rozczarowuje. Robią błędy, bo któż ich nie robi, ale starają się je natychmiast naprawiać. Powala natomiast opozycja, która w demokratycznym państwie walczy o „demokrację”z demokracją. Przegrani, pozbawieni przywilejów, do których się już przyzwyczaili, pozbawieni synekur, z których ciągnęli wielkie zyski, walczą zawzięcie z PiS-em i niechby sobie walczyli, gdyby stawką nie była Polska. Z punktu widzenia obserwatora, jako tako znającego historię Polski, który na trzeźwo ocenia realia w jakich żyjemy, a za taką osobę się uważam, wygląda to następująco. Nie mamy przyjaciół ani na zachodzie, ani na wschodzie, bo trudno nazwać przyjaciółmi naszych odwiecznych wrogów. I nie zmienia tego fakt, że jesteśmy z Niemcami w UE. Zarówno Rosja jak i Niemcy, nie życzą nam, jako narodowi dobrze. Minęło niespełna osiemdziesiąt lat, gdy dzielili nasze ziemie między siebie, a potem przez długie lata byliśmy strefą wpływów Rosjan. Zarówno jedni jak i drudzy nie omieszkaliby i obecnie podzielić się Polską, gdyby taka sposobność się nadarzyła. Przypominał o tym i napominał św. Jan Paweł II mówiąc, że wolność nie jest dana raz na zawsze, ale trzeba o nią bez przerwy zabiegać i ją pielęgnować. Wolności nie zdobywa się spolegliwością, bo takich, którzy dają sobie robić na głowę i jeszcze pozwalają, aby się po tym się ślizgano, nikt nie szanuje. Przekonali się o tym dobitnie politycy PO uprawiając politykę miłości (jednostronną) wobec Rosji, a rezultatem tej polityki miłości jest Smoleńsk i wypucowany wrak samolotu prezydenckiego, zalegający na lotnisku w Smoleńsku. To wcale nie znaczy, że zaraz mamy iść z  innymi narodami na wojnę, ale nie możemy zgadzać się na wszystko, co nam dyktują. Musimy mówić pełnym głosem i trzeba, żebyśmy byli słyszani, bo jesteśmy dużym, suwerennym państwem. Nie zrozumie tego tylko ten, kto sam nie jest mentalnie wolny i nie pielęgnuje tej wolności w samym sobie. Nie łudźmy się, nie przyjęto nas do UE z miłości, ale ze względu na interesy samej Unii, a zwłaszcza jej hegemona – Niemcy, a powód był banalny. Unia Europejska dusiła się we własnym sosie, ograniczała ją nadprodukcja, magazyny były pełne, potrzebne były natychmiast nowe rynki zbytu i te rynki się otworzyły po poszerzeniu UE w 2004 r. Nowe państwa Unii wchłonęły całą nadprodukcję i wzięły wszystkie buble, które zalegały magazyny, tylko Polki czasami zastanawiały się, dlaczego proszek do prania tej samej firmy kupiony w Niemczech, pierze znacznie lepiej niż ten kupiony w Polsce. Oni sobie te rynki zbytu przygotowywali na długie lata. Z racji uprawianego zawodu i z pochodzenia, znam rolnictwo i szczególnie tę gałąź gospodarki narodowej z ciekawością obserwowałam po wejściu Polski do UE. Po roku 2004 oczekiwałam, że rolnictwo zostanie zreformowane i unowocześnione dzięki dopłatom Unii, bo system dopłat do rolnictwa jest przemyślany i będzie służył rozwojowi rolnictwa. Nic bardziej mylnego, żadnej reformy nie było, a rolnikom bardzo często dawano pieniądze nie na powiększenie, ale na zaniechanie produkcji np. rolnicy, którzy wcześniej uprawiali buraki cukrowe dostawali i dostają z UE pieniądze za ich nie uprawianie (tak, dobrze czytasz, za nie uprawianie) i oczywiście rolnicy te pieniądze brali i buraków nie uprawiali, a co za tym szło?, zamykano cukrownie, bo były niepotrzebne. Efekt jest taki, że w polskich sklepach sprzedawany jest teraz niemal wyłącznie cukier niemiecki. A więc Niemcy będą nam dyktować ceny, a gdy mątwik burakowy zeżre plantacje buraka cukrowego w Niemczech, w Polsce cukru nie będzie, bo.. najpierw trzeba zaopatrzyć społeczeństwo niemieckie w cukier, co jest zrozumiałe, a jak coś zostanie, dostaną Polacy. Przykłady można mnożyć. Rolnicy dostają dotacje za nie uprawianie łąk, i nie produkowanie mleka, dostają dotację do „natury 2000”, bo Polska ma być zacofana, pozbawiona przemysłu, zakrzaczona, zalesiona, taka sielska anielska i w ogóle idealna do wypoczynku szczególnie dla Niemców, którzy coraz częściej wykupowali tutaj ziemię. Dotacje udzielane wsi nie miały charakteru pro produkcyjnego, bo Unii Europejskiej nie chodziło o rozwój polskiego rolnictwa, tylko o jego upadek. Tak samo było z przemysłem. Po ćwierćwieczu wolności Polski, ze świecą szukać polskich firm niegdyś znanych i uznanych. A wszystko działo się za aprobatą naszych pseudoelit, kosmopolitów, dla których Polska, to zaścianek, kraj obciachu i zacofania, a patriotyzm?, to przeżytek, równoznaczny z nacjonalizmem, uczucie, które nie licuje z wykształceniem i światowym obyciem. Dlatego Sikorski, niegdysiejszy minister spraw zagranicznych w imieniu narodu polskiego wyrażał serwilizm wobec Niemców, a o hegemonii Niemiec w Europie bredzi od czasu do czasu „nasz wielki patriota” Lech Wałęsa. Ustami naszych polityków oddajemy naszą wolność i suwerenność, a tymczasem inne nacje w „zjednoczonej Europie” walczą o wielkość i niezależność swoich państwowości. Powiedź Polaku Francuzowi lub Niemcowi, że od dziś nie jest już Francuzem czy Niemcem tylko obywatelem Europy, to w najlepszym przypadku popuka się w czoło i powie, że jesteś wariat. Oni są dumni, że są przedstawicielami swoich narodów, a my mamy się wstydzić. Nic dziwnego, że nie szanują nas inni, skoro my nie szanujemy się sami, skoro dla „srebrników” nasze „elity” plują na własną Ojczyznę. Obserwuję tę histerię po wygranych wyborach PiS, ten jazgot wszelkiej maści „artystów, przewodników dusz”, „dziennikarzy, którzy posiedli wszystkie rozumy świata” i określając się „narodem” głoszą „jego wolę”, a tak naprawdę, zatroskani są o własne kieszenie i o to, że „ich złoty czas już się definitywnie skończył. A ja jestem szczęśliwa, że moja Ojczyzna nareszcie jest również Ojczyzną dla Kowalskiego, który wychowuje pięcioro dzieci i te jego dzieci nie są głodne i nie chodzą w połatanych ciuchach. I niech tak pozostanie, o co modlę się ja i wielu Polaków.

Beato, pisałam ten list do Ciebie, ale tak naprawdę, pisałam go dla mojej 25-letniej Córki Marii, a jest to swoisty mój testament, który chciałabym Jej w przyszłości zostawić.

Serdecznie Cię pozdrawiam

Elżbieta

Advertisements

Złe słowa

Dzisiaj mam zły poranek, a to za sprawą wczorajszej emocjonalnej i co tu owijać w bawełnę, nieprzyjemnej wypowiedzi Kaczyńskiego. Nie winię tego człowieka za jego reakcję, bo chyba nawet aniołowi puściłyby nerwy. Pamiętam doskonale, jak ci sami ludzie, którzy powołują się teraz na słowa Lecha Kaczyńskiego, opluwali go, szydzili i odsadzali od czci i wiary. Pamiętam też, jak wyśmiewali Jana Pawła II, a dzisiaj go cytują. Nie mam złudzeń i chyba nikt nie ma, że ludzie ci zmienili swoje poglądy i naraz Jan Paweł II i Lech Kaczyński stali się ich autorytetami. Wykorzystują ordynarnie i bez żadnych zahamowań wypowiedzi tych wielkich Polaków do manipulowania i snucia swojej kłamliwej narracji. Jakież to obrzydliwe i podłe. Wstydźcie się panowie i panie z opozycji.

 

PiS GÓRĄ !

Wierzę w Boga, a jeszcze bardziej wierzę Bogu, dlatego nie martwię się o los Polski. Jako naród przeszliśmy już przez oczyszczającą “próbę ognia”, teraz może być tyko lepiej. Nic nie wskórają pseudoelity swoimi wrzaskami w obronie swoich przywilejów (bo tylko to jest celem ich aktywności), nawet przy poparciu gromady głupców, którzy nie wiedzą dlaczego krzyczą, ale krzyczą, bo ich idole krzyczą. Reformy w Polsce są nie tyle potrzebne, co bardzo konieczne. Od tego, czy PiS utrzyma władzę i przeprowadzi zdecydowane reformy  prawie we wszystkich dziedzinach funkcjonowania Państwa, zależy nasze być albo nie być. Nie łudźmy się, nie jesteśmy potrzebni Niemcom, Rosji czy Francji. W historii mieliśmy tego przykłady. Wręcz przeciwnie, traktują nas jak wrzód na d…, który uwiera. Nie przyjmowali nas do Unii Europejskiej z miłości do nas, ale ze zwykłego wyrachowania. Chcieli mieć uzależniony kolejny naród, który za nędzne ochłapy pozbędzie się swojej suwerenności. Musieli odkorkować zapchane stare rynki zbytu, bo już nie chłonęły nadmiaru produktów i była  potrzeba pozyskania nowych.  Trzeba było przecież opróżnić swoje przepastne magazyny z nadprodukcji i zbyć je w nowych krajach Unii, dlatego rękami naszych włodarzy niszczono nasz rodzimy przemysł. Dobrze, że przyszło opamiętanie. Dobrze, że rządzi PiS. Oby jak najdłużej.